W koncu minal ten przeklety tydzien. Od poniedzialku w naszym domu grasowal wirus zoladka, zaczelo sie od Oli, czyli najstarszej corci, pozniej Emilka, z ktora musielismy sie udac w tempie natychmiastowym do szpitala. Na koncu moj maz. Mam nadzieje, ze mnie juz nie dopadnie ten "dziad". Nie wiadomo skad, jak i kiedy sie do nas przyczepil, ale przed takimi rzeczy czlowiek sie niestety nie uchroni. Przez ostatni tydzien moj haft musial pojsc w odstawke. Nie bylam w stanie praktycznie nic nowego zrobic, bo drzalam o zdrowie moich bliskich. Bylam tak wykonczona psychicznie, ze juz o godzinie 8 moglam isc spac, ale spac nie moglam :/, poniewaz caly czas sie budzilam i nasluchiwalam czy z dziecmi jest wszystko dobrze. Nie wiedzialam, ze jestem az tak przewrazliwiona :/.
Zanim sie to wszystko zaczelo troszke udalo mi sie podgonic z haftem i juz zostalo mi niewiele.
Od dzis zaczynam sie ostro brac do pracy i mam nadzieje, ze haft juz wkrotce zostanie zakonczony...